42 lata od katastrofy autobusowej w Wilczym Jarze. Zginęło wówczas 30 osób

JAK
Udostępnij:
W niedzielę 15 listopada 2020 minęły dokładnie 42 lat od tragedii w Wilczym Jarze. Była to największa katastrofa drogowa w naszym regionie. Zginęło w niej 30 osób, a dziewięć zostało rannych. Jest to druga pod względem liczby ofiar (po katastrofie autobusu pod Gdańskiem w 1994) katastrofa drogowa w powojennej historii Polski, a największa w naszym regionie. Zobaczcie zdjęcia i relacje świadków.

Wszedłem do tego autobusu. Miał powyrywane blachy, więc po takich ożebrowaniach dostałem się do środka. A tam było inferno. Istne piekło. Czarno i woda chlupała, jak w jakiejś sztolni. Byłem przerażony – opowiadał przed kilkoma laty Dziennikowi Zachodniemu emerytowany strażak, podpułkownik Czesław Pruski, oglądając archiwalne zdjęcia z akcji ratowniczej w Wilczym Jarze w podżywieckim Oczkowie.

W katastrofie dwóch autobusów zginęło wtedy 30 osób. To druga pod względem liczby ofiar (po katastrofie autobusu pod Gdańskiem w 1994 r.) katastrofa drogowa w powojennej historii Polski. Dziś mijają 42 lat od tej tragedii.

42 lata od katastrofy autobusowej w Wilczym Jarze. Zginęło w...

Godzina 4.50

Był 15 listopada 1978 roku. Bardzo wczesny ranek. Ciemno i zimno, kilka stopni poniżej zera.

W stronę mostu w Wilczym Jarze podążały, jak każdego dnia, autobusy wypełnione górnikami z Żywiecczyzny, jadącymi do pracy w śląskich kopalniach. Sunęły stromymi, krętymi drogami.

Dwoma z nich – autosanami H9-03 o numerach rejestracyjnych BBA 020E oraz KX 5579 – podróżowali pracownicy KWK Brzeszcze, KWK Mysłowice oraz lędzińskiej KWK Ziemowit. Tuż po godz. 4.50 autosany najpierw jeden, a zaraz później następny wpadły w poślizg, przerwały metalowe barierki, po czym spadły z wysokości 18 metrów z mostu do Jeziora Żywieckiego. Chwilę potem przejmującą ciszę przerwały odgłosy wody wlewającej się do zniszczonych autobusów i przerażone głosy tych, którzy widzieli wypadek i zaczęli wzywać pomocy.

Cisza i ciemność

Kazimierz Semik był wówczas wicenaczelnikiem miasta. Właśnie wybierał się służbowo do Krakowa, kiedy dotarła do niego wiadomość o wypadku w Wilczym Jarze.

– Na dworcu dowiedziałem się, co się stało i kazałem się zawieźć na miejsce – opowiadał reporterowi DZ Kazimierz Semik. – Nim zszedłem na dół, gdzie leżały autobusy, dwa razy się wywróciłem – tak było wszędzie ślisko. Było minus pięć stopni.

Czesław Pruski o tragedii dowiedział się tuż po piątej. – Mieszkałem obok szpitala. Nim dojechał do mnie mój kierowca, już byłem ubrany. Jeździłem do każdego pożaru, więc w przedpokoju wisiały ubrania bojowe. Wskoczyłem w saperki, wciągnąłem gacie, żona podała mi zieloną kurtkę. Kiedy zszedłem na dół, powiedział: „Komendancie – Wilczy Jar”. Odpowiedziałem: „No to jedziemy”. Ale jak on jechał tą wołgą! Ile fabryka dała! Przez żywiecki rynek przejechał na dwóch kołach – opowiadał podpułkownik, a wówczas kapitan Pruski. I dodawał: – Podczas jazdy układałem w głowie, co robić, jak wydawać poszczególne dyspozycje. Kiedy dojechaliśmy, było niesamowicie ciemno i cicho. Wyszedłem z auta. Widzę, że bariera wyrwana. Kręcą się ludzie z innych autobusów.

Najtrudniejsza chwila

Najpierw górnicy, a później strażacy wyciągnęli ciała pasażerów ze zniszczonych autobusów. Były układane na brzegu, identyfikowane przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej i odwożone do prosektorium. Zginęło 27 górników, wdowa po zmarłym dwa tygodnie wcześniej w wypadku drogowym górniku kopalni Brzeszcze oraz dwóch kierowców.

Kazimierz Semik wspominał, że pojawiła się nieścisłość co do liczby ofiar katastrofy.
– Pamiętam, że Czesław Pruski powiedział do nieżyjącego dziś wicewojewody Antoniego Kobieli, że wszystkie zwłoki zostały wydobyte. Obok niego stał prokurator. Stwierdził, że ciał jest nie 30, a 31. Zapanowała konsternacja. Wojewoda Kobiela powiedział do mnie: „Chłopcze, wsiadaj do samochodu, jedź do prosektorium i policz zwłoki”. Tak też zrobiłem. Dla mnie to była najtrudniejsza chwila, bo wśród zabitych były dwie osoby, które bardzo blisko znałem z PKS-u, czyli Józefa Adamka i Bolesława Zonia. W prosektorium okazało się, że zwłok jest 30, a to jedno ciało to była kobieta, która zmarła tej nocy. To, co zobaczyłem w prosektorium, to był koszmar. Przypomniały mi się filmy z Oświęcimia. Zabici leżeli jeden na drugim, bo nie było miejsca – opowiadał Semik.

Przyczyny wypadku

W oficjalnym komunikacie Polskiej Agencji Prasowej, w oświadczeniu, pod którym podpisał się prokurator prokuratury wojewódzkiej w Bielsku-Białej, czytamy: „[…] Przyczyną katastrof drogowych było niezachowanie przez kierowców prędkości bezpiecznej (poniżej 30 km/godz.) w chwili wjazdu na most i właściwej techniki jazdy, […] co miało miejsce w szczególnie niekorzystnych warunkach atmosferycznych. W nocy temperatura spadła do minus 6 st. Celsjusza. Świadkowie mówili, że na drogach w pobliżu zbiorników wodnych tworzyły się białe osady zamarzniętych kropel rosy”.

Pamięć o tragedii

Tragedię w Wilczym Jarze upamiętnia tablica, postawiona tuż przy moście. Alfabetyczną listę zabitych otwierają i zamykają kierowcy: prowadzący pierwszy autobus Józef Adamek – ojciec znanego boksera Tomasza Adamka i drugi pojazd – Bolesław Zoń. Trzy najmłodsze ofiary miały po 18 lat, najstarsza 48.

Tragedia w Wilczym Jarze WIDEO

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
16 listopada, 7:43, Hanys:

Łysy ćpunie napisz coś o nysce.

W reportażu coś znaczącego zostało pominięte ,,nyska"możesz to rozwinąć

Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie